Klub Łączności Ligi Obrony Kraju SP8KBN w Krośnie, 38 - 400 Krosno ul. Tysiąclecia 5, kontakt: sp8kbn(at)op.pl, częstotliwość klubowa - przemiennik SR8KN 438.925 MHz CTCSS 103.5 Hz, ECHOLINK NODE 995051, klub należy do oddziału terenowego OT18 Polskiego Związku Krótkofalowców w Rzeszowie, nasza strona na fejsie: www.facebook.com/sp8kbn
   
 
  Na Jawach do Turcji

W tej zakładce pozwoliłem sobie zamieścić wspomnienia mojego szwagra. Obydwaj przepadamy za starociami i różnimy sie tylko tym, że on kocha on stare pojazdy a w szczególności motocykle, a ja stare lampowe radiostacje. Na swojej Jawie zwiedził niemal całą Europę. To jedna z jego wypraw, barwnie opisana i udokumentowana zdjęciami.



Krosno, dnia 2000-12-10


 NA  JAWACH  DO  TURCJI

 

Czyli  przygoda o dwóch takich, którzy czynu tego śmiałego dokonali.

 

Rozpocznę od cytatu: „Na początku był chaos...”.  Brakowało mi tylnej opony, przeglądu technicznego, ubezpieczenia, pieniędzy... . A dlaczego? Dlatego, że podróż tę zaplanowaliśmy dzień wcześniej i wszystko to załatwić musiałem w poniedziałek 2 sierpnia 1999r  w dniu naszego wyjazdu.Kiedy już ze wszystkim się uporałem przyjechał Tomek – drugi uczestnik zaplanowanej wczoraj wyprawy motocyklowej do Turcji. Z nim to właśnie w roku ubiegłym zwiedzaliśmy Chorwację.  Po obiedzie dla sprawdzenia motocykli jeszcze mały rekonesans na pustelnię św. Jana do odległej o 20 km Dukli. Zabieramy stamtąd po dwa bidony doskonałej źródlanej wody i w drogę. Wyruszyliśmy wieczorem na dwóch wspaniałych motocyklach marki Jawa 175  z 1958r -Tomek i ja czyli Maciek na upodobnionej do motocykla wojskowego  Jawie 350 z  1983 roku. Na przejściu granicznym ze Słowacją w Barwinku spotkaliśmy dwoje autostopowiczów, którzy po raz kolejny jechali do Turcji. Dowiedzieliśmy się od nich, że np. drogi w Rumunii są bardzo kiepskie. Jechali kiedyś tirem, w którym w czasie jazdy po tamtejszych wybojach przednia szyba wypadła z kabiny. Po rozstaniu się z nimi ruszyliśmy dalej. Tuż przed Swidnikiem robimy sobie zdjęcia przy pięknym pomniku. Został on tu postawiony na pamiątkę drugiej po stalingradzkiej najkrwawszej bitwy ostatniej wojny światowej. Bitwy o tzw. Przełęcz Dukielską. Pomnik ten przedstawia dwa czołgi: niemiecki „panzer IV” i górujący nad nim w niedwuznacznej pozie rosyjski „T-34”. Po zmianie ustroju w Słowacji na temat tego pomnika powstała anegdota – pytanie: Czy wiecie kiedy na Słowacji będzie lepiej ? – Odpowiedź brzmi: „kiedy te czołgi zamienią się miejscami...



Zaczęło lać. Zrobiło się ciemno. Kombinujemy, gdzie by tu przenocować. Po lewej stronie za Swidnikiem przystanek autobusowy. Dojeżdżam do ławek i na wysokim w tym miejscu krawężniku urywam nóżkę centralną. No cóż. Dalej będę musiał radzić sobie bez niej. Obok przystanku bar. Dobre jest słowackie piwo... . Rano budzi nas słowacki policjant. Wścieka się, że tu nie wolno spać i jakim cudem tu dojechaliśmy. Na szczęście podjeżdża autobus. Rozłoszczony glina wsiada do niego i odjeżdża. Nie wiem, o której wstaliśmy, bo nie zabraliśmy ze sobą zegarków. Mamy tylko kalendarz, paszporty i pieniądze. Po przejechaniu  30 km od Swidnika po prawej stronie drogi rozciąga się przepiękne sztuczne jezioro Velka Domasa. Odpoczywa nad nim więcej Polaków, niż stosunkowo biednych Słowaków. Na drodze nudy, więc w czasie jazdy zabawiamy się skopywaniem z jezdni rozjechanych kotów. Około 43 km od granicy węgierskiej miasteczko Tokaj słynne na całą Europę z wyrobu doskonałego wina. Zabawiliśmy dłużej, bo trafiliśmy na odbywający się tam coroczny „piknik country”.   Miejscowi   Węgrzy      widząc dwóch motocyklistów z Polski (jechaliśmy z polską flagą przymocowaną do motocykla Tomka) natychmiast nas zatrzymali i nie pozwolili jechać dalej. Wiadomo: „Polak – Węgier dwa bratanki...”. Na zdjęciu poniżej Tomek z kubkiem wina i ja w jakichś szaleńczych pląsach ze swoimi węgierskimi rówieśnikami.

Na drugi dzień aż żal się było z nimi rozstawać. W Tokaju kupiliśmy 3 litry bardzo, ale to bardzo dobrego wina, przy czym dobre dwie godziny targowaliśmy się ze sprzedawcą. Ale i tak postawiliśmy na swoim, bo sprzedał nam je po cenie jaką my dawaliśmy, a nie po takiej jak on nam proponował. W Tokaju kupiłem jeszcze dobrą karimatę i to znacznie taniej niż u nas. Nauczeni doświadczeniem ubiegłorocznej wyprawy na Chorwację nie zabraliśmy ze sobą namiotu, który wówczas stanowił zbędny balast na motocyklu. Węgry przejeżdża się szybko. To przeważnie równina, mało górek i dobre drogi. Za to dużo panienek „tirówek” po 10 – 20 dolarów za numerek. Ale nie skorzystaliśmy. 

Jedziemy przez Rumunię. Baja Mare. Na rumuńskiej targowicy tuż za miasteczkiem kupujemy najprawdziwsze, ręcznie wykonane z mosiądzu dzwoneczki (miejscowi chłopi przywieszają je krowom u szyi) i mocujemy je na kierownicach naszych stalowych rumaków. Jak się później okazało błogosławiliśmy godzinę, w której je kupiliśmy. Nie pozwalały zasnąć w czasie długich godzin jazdy i ostrzegały przed złodziejami kiedy spaliśmy przy naszych maszynach. Pierwsze wrażenie jakie zrobiła na nas  Rumunia to, że nie ma po wsiach samochodów. Niczego oprócz koni, krów, kaczek kur itp. Jedziemy dalej, a tu facet na osiołku zaprzężonym do wozu, jak na rysunkach, które tworzą małe dzieci. Miniaturowe, krzywe kółka wyciosane siekierą z kawałka drewna i oczywiście nie okute. Wszystko to ledwo trzyma się kupy, skrzypi, piszczy i rozłazi się. Na dodatek gość ma na głowie beretkę wykonaną z przydrożnego błota! Stanowi doskonałą ochronę przed palącymi promieniami słońca. Jak wyschnie i rozgrzeje się -to ją do fosy. Na poczekaniu robi się drugą. A włosy jakie mają czyste! Łupieżu u nich nie widziałem. Szamponu zresztą też nie. Robimy sobie zdjęcie przy tej osobliwej parze i dalej w drogę.

 

Pomału trzeba szukać jakiegoś noclegu. Księżyc w pełni. Jeszcze na dobrą sprawę coś widać. Po lewej stronie wjazd do lasu. Wjeżdżamy bez świateł. W lesie taka jazda jest bardzo trudna. Po zgaszeniu silników nastaje taka cisza, że słychać bicie własnego serca. Decydujemy się jednak na nocleg w polu kukurydzy po drugiej stronie drogi. Pierwsza noc w Rumunii. Trzeba czuwać. Nocleg pod gołym niebem. Ruskie i amerykańskie sputniki latają po niebie jeden po drugim, a od czasu do czasu kończy swe istnienie w atmosferze ziemskiej meteoryt. Adrenalina nam wyraźnie podskoczyła. Jest trochę straszno, trochę romantycznie. Wspominamy niedawne czasy, kiedy zachodziły tu zmiany, które przeszły do historii nie tylko Rumunii, ale i całej Europy.

 

Na śniadanie kukurydza ze solą i pieprzem. Chleb z pasztetem i cebulą. Do tego ogórek.  Jedziemy dalej. Widoki są przepiękne. Jesteśmy na Wyżynie Transylwańskiej. Przejeżdżamy przez Przełom Czerwonej Wieży. Po lewej stronie góry sięgające chmur. To Góry  Sybińskie ze szczytem Cindrel 2244 m  npm. Po pokonaniu przełęczy (wspinaliśmy się na nią chwilami na drugim biegu!) zjeżdżamy licznymi serpentynami z gór w nizinę Rumuńską. Po niedawnych wrażeniach estetycznych na drodze zaczyna się nuda. Głupoty zaczynają nam chodzić po głowach. Drogi puste jakby wybudowano je specjalnie dla nas. Wobec tego uczymy się jeździć bez trzymania kierownicy stojąc na siodełku motocykla, lub na nim leżąc. Jemy w czasie jazdy, pijemy wodę, a nawet siusiamy.

Nie udało mi się tylko nauczyć w czasie tej wyprawy  liczącej 3832 km drogi  jechać, siedząc tyłem do kierunku jazdy. Myślę, że sztukę tę opanuję w trakcie przyszłorocznej wyprawy. 
Kończy się Rumunia. Na granicy z Bułgarią „chłopaki od pieniędzy” zaczynają swoją oszukańczą pracę. Wciskają nam kit, że trzeba wnieść opłatę za przejeżdżanie przez mosty, na ochronę środowiska, za hałas itp. i że oni przy odpowiedniej opłacie przewiozą nasze motocykle przez granicę.  Są przy tym tak bardzo stanowczy, że zaczynamy się bać. Gorączkowo myślimy jakby tu wybrnąć z tej delikatnie mówiąc mało korzystnej dla nas sytuacji. Wreszcie mamy! Mówimy im, że jedziemy tylko po paliwo i że jeszcze zastanowimy się, czy będziemy podróżować dalej... . Przejeżdżamy granicę, a tu nic. Absolutnie żadnej opłaty! W Bułgarii mały odpoczynek, wymiana waluty i pędzimy 60-tką przed siebie. Tomek zaczyna być głodny. No to stop. Na lewo patrz!  Na prawo patrz!  Nic innego po horyzont tylko nasza stara znajoma – kukurydza.



Nieco później w przydrożnym barze po raz pierwszy w życiu jedliśmy kiełbasę z czarnej świni. Smaku bułgarskich cytrusów opisywać chyba nie muszę. Sami wiecie. Jak to się potocznie mówi „niebo w gębie”.
W Bułgarii są śliczne dziewczyny. A jaka była celniczka – jakie nogi, biust i ta opalenizna... . Tomek chciał wziąć tę dziewczynę ze sobą do Krosna.

No, do Istambułu pozostało już tylko 275 km!
Na granicy bułgarsko-tureckiej spotykamy młodego Niemca – Oliviera, który tak jak my lubi podróżować. Po krótkiej wymianie zdań postanawiamy dalej jechać razem. W trakcie odprawy bardzo nerwowa atmosfera. Dosłownie można zgłupieć. Za to w paszportach przybywa nam po 7 pieczątek. Kierują nas na badania lekarskie, rozmowę z psychiatrą i cholera wie z kim jeszcze. Oni pyskują do nas po turecku, a my się wcale nie dajemy i do nich po polsku. Wydajemy jeszcze trochę dolarów na wizy, które wlepiają nam do paszportów i wreszcie  JESTEŚMY  W  TURCJI !
Wieczorem w trakcie dosyć obfitej kolacji (w naszym menu pojawiły się nawet ryby w oleju) i przy doskonałej gorącej herbacie wspólnie z Olivierem dzielimy się wrażeniami z naszych i jego podróży. Słuchamy przez radio tutejszych piosenek i kładziemy się spać. Ja (Maciek) 20 metrów dalej od Tomka aby nie słyszeć jego chrapania, od którego nawet blachy w naszych motorach dzwoniły.
W nocy dokuczały nam komary ponieważ spaliśmy nad stawem. Pomału docieramy do Istambułu. Nerwy można stracić jak oni tam jeżdżą. Obowiązują tylko światła i to nie zawsze. Na własne oczy widziałem jak mikrobus (a jest ich tam sporo) jechał po chodniku, a piesi chowali się za drzewami. Większy to znaczy silniejszy lub ten, kto porusza się szybszym autem ma pierwszeństwo. Sygnały dźwiękowe rozgrzane do czerwoności. Zatrzymujemy się na parkingu obok jakiegoś baru. Tomek z Olivierem poszli zwiedzać miasto, a ja zostaję przy motorach.

 

Świątynia Mądrości w Istambule.

Potem się zmieniamy. Jesteśmy w południowej dzielnicy o nazwie „Yenikapi”. Robimy zdjęcia i zakupy. Tomek kupił sobie garnitur na studniówkę, a ja pięć par majtek na szczególne okazje. Wieczorem żegnamy się z Olivierem. Wymieniamy adresy. On jeździł oplem i miał kamerę wideo. W trakcie naszej wspólnej jazdy przez Turcję jechał za nami i jeżeli były jakieś ciekawsze miejsca to z kabiny samochodu zawzięcie filmował. Obiecuje nas odwiedzić po powrocie do domu. (słowa zresztą dotrzymał i w październiku przywiózł  kasetę – wprawdzie jeszcze nie obrobioną, ale zawsze. Porobiliśmy sobie kopie i będziemy mieli oprócz zdjęć dodatkową pamiątkę z tej trochę zwariowanej wyprawy). Po odjeździe kolegi rozglądamy się za jakimś noclegiem. Nie silę się tutaj na żadne opisy miasta, gdyż znajdziecie je w przewodnikach turystycznych i innej lekturze. W każdym razie miasto jest piękne i fascynujące. To przecież zupełnie inna historia
i kultura od naszej. Wolę tutaj zwrócić uwagę na rzeczy, z którymi może się spotkać tylko indywidualny turysta lub tramp samotnik.
Po dwóch godzinach zjawia się parkingowy. Pytamy go gdzie można przenocować. Wskazuje na zadaszoną część parkingu i właśnie tam proponuje nocleg. Dla nas to propozycja nie do odrzucenia. Jesteśmy w dzielnicy biedaków. W zamian przygotowujemy im ze swoich zapasów  najlepszy jaki mamy gorący posiłek. Pałaszują, aż im się uszy trzęsą. Łypią na nas oczyma i coś tam sobie po swojemu po cichu gadają. Po kolacji zaczynają się wspólne opowiadania i zwierzenia. Kilku z nich pokazuje nam swoje blizny na rękach. Rany zadawali sobie po to aby udowodnić jacy są twardzi. Poznany wcześniej parkingowy zwierza się, że nie mógł wyżywić całej swojej rodziny wobec czego zamordował sześcioro  ze swoich dzieci. Patrzę na niego. To dwudziestokilkuletni chłopak. Zaledwie kilka lat starszy ode mnie. Inny nieco starszy przyznaje się do zamordowania z tych samych powodów ośmiorga własnych dzieci. Jedyna kara jaką ponieśli, to jedna doba spędzona w policyjnym areszcie, gdzie po przesłuchaniu i podpisaniu protokołów zabrano im paszporty.



Wspólna kolacja z biedakami.
 

Tej nocy nie zmrużyliśmy nawet oka. Różne myśli przychodziły nam do głowy. Otóż jesteśmy grubo ponad półtora tysiąca kilometrów od własnych domów. W obcym państwie, w obcym, na poły dzikim mieście. Leżymy pomiędzy wielokrotnymi zabójcami, których prawo w ogóle nie ściga. A oni śpią tuż obok nas snem sprawiedliwego, bo sami się rozgrzeszyli. A może nie śpią? Może już zmówili się między sobą i mają zamiar przerobić nas na kiełbasy ?... Kto nas tu znajdzie lub udzieli nam pomocy?  Dyskretnie wyciągam z narzędziówki największy klucz jaki mam. To widlasty 30-32 do mocowania tylnego koła. Tomkowi podsuwam młotek. Jak sprzedać własną skórę, to przynajmniej nie za darmo. Co to za kraj ? Co to za ludzie ?  Przecież w tym ogromnym mieście może być wielu im podobnych! Głowa pęka od podobnych myśli. A może u nich to normalne ? Mimo wszystko nie przypominają przestępców. Przynajmniej w naszych wyobrażeniach o tego pokroju ludziach. Śpią sobie spokojnie, bo do syta się najedli.
Mimo wszystko  chce się wołać - Boże Ty na to patrzysz i nie grzmisz ?
Tej nocy najedliśmy się tyle strachu, że postanowiliśmy już nigdy nie nocować w podobnych miejscach.  Znacznie bezpieczniej było w kukurydzy, a najlepiej i najwygodniej oczywiście w hotelu. Ale na to przyjdzie czas, gdy będziemy starszymi, podtatusiałymi panami.
Rano dalej zwiedzamy miasto. Zaliczmy kilka muzeów. Jeździmy po różnych dzielnicach. Te, gdzie mieszkają bogacze są naprawdę imponujące. Przejeżdżamy Cieśninę Bosfor aby przynamniej na chwilę pobyć na kontynencie azjatyckim. Wyjeżdżamy z Istambułu. Gardła bolą nas od pokrzykiwania na kierowców ( „jak h-e jeździsz!”). Być może byliśmy ostatnimi ludźmi, którzy od tamtych wysłuchiwali ich dramatycznych zwierzeń. W trzy dni po naszym wyjeździe Turcję nawiedziło straszne trzęsienie ziemi, którego epicentrum znajdowało się niedaleko Istambułu... .

 
Tak wyglądałem nad morzem Czarnym.

Kierujemy się ku wschodniej granicy Bułgarii na Burgas i Warnę. Po drodze mijamy lokalne posterunki policji o ciekawej i fascynującej architekturze.
 
 

Posterunek policji w Bułgarii.

Do Rumunii wjeżdżamy przez to samo przejście graniczne. Zwiedzamy Bukareszt, a kilkanaście kilometrów dalej napotykamy grupę rumuńskich motocyklistów. Za miasto wyjechało ogromnie dużo ludzi. Wspólnie oglądamy 100% tutaj zaćmienie słońca. Słyszymy polską mowę. Okazuje się, że to grupa Polaków. Wszyscy przyjechali po to aby obejrzeć zaćmienie. Wrażenie jest niesamowite. Kiedy księżyc przesłania tarczę słoneczną robi się prawie ciemno. Przejeżdżające samochody mają zapalone reflektory. Bez  żadnej dodatkowej przysłony kieruję aparat fotograficzny w stronę słońca i robię zdjęcie. Ciekawe, czy się uda? Wrażenie jest niesamowite. A następne takie zjawisko dopiero za 70 lat. Mogę już drugi raz czegoś podobnego nie oglądać.
 
 
 
Fotografia zaćmienia słońca w Rumunii.

Jedziemy dalej. W godzinę później leje jak z przysłowiowego cebra. Tiry zaczęły się zatrzymywać, bo wycieraczki nie nadążały zgarniać wody ze szyb kabin, a my - rasowi motocykliści ciągle jedziemy mając nadzieję, że wyprzedzimy chmury. Zaczyna grzmieć. Błyskawice bardzo szybko zbliżają się do nas i nagle znajdujemy się w środku burzy. W pewnym momencie piorun uderza tak blisko mnie, że widzę jak niebieskie iskierki przeskakują mi z rękawicy na manetkę gazu. Mimo, że byłem zupełnie przemoknięty, ze strachu w ciągu sekundy cały się spociłem. Dopadamy wreszcie do jakiejś miniaturowej stacyjki kolejowej. Wskakujemy do otwartego wagonu towarowego i w nim spędzamy noc drżąc z zimna i obawy o nasze motory, które zostały na zewnątrz. Tomek, który jechał za mną w momencie uderzenia pioruna również podskoczył na swojej Jaweczce, ale nie był w stanie stwierdzić, czy to ze strachu, czy od porażenia prądem bo znalazł się w polu indukcyjnym pioruna. Powiedział mi później, że myślał iż do Polski będzie musiał wracać sam ... . Zadziwiające, ile myśli może człowiekowi przelecieć przez głowę w ciągu zaledwie ułamka sekundy.
 
  

Gdyby tak pociąg ruszył, a my byśmy spali ... . O godzinie 6.00 rano zawiadowca stacji robi nam pobudkę. Ubieramy się w przemoknięte rzeczy i ruszamy dalej. Po kilku kilometrach przy jakimś barze na parkingu zatrzymujemy się i suszymy.
 

Z baru wypada jakaś kobieta i biorąc nas za cyganów usiłuje wyrzucić z parkingu. Nie dajemy się i odjeżdżamy dopiero po kilku godzinach, kiedy wszystko porządnie wyschło, a myśmy solidnie pojedli. Po kilku kilometrach spada mi łańcuch z tylnej zębatki. Jest zbyt naciągnięty. Ma prawo. Ciągał mnie przez ostatnie pięć lat po prawie wszystkich zlotach motocyklowych w Polsce, a w ubiegłym roku na Chorwację i z powrotem.

Kombinuję, jakby go założyć bez rozbierania osłon bo to przecież paskudna i brudna robota. I wreszcie „EUREKA”. Mam! Drut do przetykania fajki. Nie jestem palaczem, ale mam indiańską fajkę z prawie pół metrowym cybuchem, którą wożę ze sobą na wszystkie zloty i wyprawy motocyklowe. Pykam z niej na znak pokoju z nowo poznanymi, a co ciekawszymi gośćmi i podobnymi do mnie oryginałami. Wyciorem od tej to fajki przeciągam łańcuch, zapinam go i dalej w drogę. Na tym skończyły się nasze problemy z Jaweczkami na prawie 4000 km liczącej trasie.
Na Węgrzech zrobiliśmy ostatni nocleg. Tradycyjnie już w uprawie kukurydzy i 20 metrów od siebie (chrapanie Tomka). Nie opisuję co  widzieliśmy, bo Węgry poznałem w czasie swoich wypraw rowerowych zanim zacząłem uprawiać turystykę motocyklową. Rano zjedliśmy chyba zbyt obfite śniadanie, na skutek którego w oznaczonym czasie nie mogłem swoich obolałych od jazdy zwłok podnieść na motor. 


Na polskiej granicy celnik przeglądający nasze paszporty nie mógł uwierzyć, że na tak starych motocyklach da się przejechać taki szmat drogi. W okolicach Dukli spotkaliśmy prezesa naszego klubu motocyklowego Riders of Wind, który chyba szóstym zmysłem wyczuł kiedy wrócimy i na swym ciężkim, stareńkim Uralu 650 z bocznym wózkiem dudnił w stronę przejścia granicznego w Barwinku aby nas przywitać. Do Krosna wróciliśmy we trójkę, gdzie przy naszych domach trąbiąc bez opamiętania dawaliśmy znać wszem i wobec, a szczególnie naszym rodzicom, że udało nam się szczęśliwie wrócić z tej niesamowitej wycieczki.
Chcę tu zaznaczyć, że podróż tę odbyliśmy dosłownie za kilkaset złotych skrupulatnie wyliczonych na paliwo i zakup żywności. Stąd nie mogę podać kosztów noclegów w lepszych, czy gorszych hotelach, ani wrażeń z pobytu w drogich restauracjach.

A teraz kilka słów o sobie. Przed wyprawą do Turcji ukończyłem szkołę średnią. Moja fascynacja motocyklami zaczęła się kiedy miałem 16 lat i ojciec kupił mi starszą Jawę 350 ccm z 6V instalacją elektryczną. Sam ją remontowałem i malowałem. Kiedy w wieku 17 lat zrobiłem prawo jazdy zacząłem uprawiać turystykę motocyklową. Najpierw sam, a później wraz z kolegami w ramach założonego przez nas klubu motocyklowego, którego zostałem wiceprezesem. Bardzo podobają mi się stare, ciężkie motocykle wojskowe. Dlatego też swoją Jawę upodobniłem właśnie do takiego. Wspólnie z ojcem po różnych próbach zamontowaliśmy do niej alternator z fiata 125p, przerobiliśmy aparat zapłonowy i zmieniliśmy instalację elektryczną na 12V. Od tego momentu motocykl bardzo dzielnie się spisuje. Przejechałem na nim już kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Od kilku lat jestem uczestnikiem niemalże wszystkich zlotów motocyklowych w kraju. Biorę w nich udział w wielu konkurencjach sprawnościowych. Wyspecjalizowałem się w konkurencji wolnej jazdy i tu jestem w ścisłej krajowej czołówce. Nie biorę tylko udziału tam gdzie startują koledzy na japońskich "ścigaczach”, bo na swojej staruszce nie miał bym najmniejszych szans. Z wyjątkiem Niemiec przejechałem już prawie wszystkie kraje ościenne. Wcześniej, jeszcze jako uczeń uprawiałem turystykę rowerową. Moje największe osiągnięcie to wygrana wycieczka do Włoch w ramach konkursu ogłoszonego przez  III Program Polskiego Radia za opracowanie planu, a następnie przejechanie, odpowiednie  opisanie i udokumentowanie trasy po południowo-wschodniej Polsce.                        

Z poważaniem i motocyklowym pozdrowieniem

Maciek Zajdel
Krosno 
Burze nad Polską. METEO Krosno
 
Mapa burzowa Polski
www.facebook.com/sp8kbn
 
Reklama
 
TRANSLATE
 
Propagacja w zakresach UHF i VHF
 
VHF Aurora :Status
144 MHz Es in EU :Status
70 MHz Es in EU :Status
50 MHz Es in EU :Status
144 MHz Es in NA :Status
From The DXrobot
Today's MUF & Es :Status
From MMMonVHF
Obsada operatorska klubu SP8KBN
 
Kierownik Klubu
Dariusz SP8RHT

Operator Odpowiedzialny
Mariusz SP8JRD

Operator Odpowiedzialny
Jacek SP8TJC

Członkowie Klubu
Stanisław SP8BVG
Grzegorz SP8DBO
Zbigniew SP8FHM
Marek SP8GII
Andrzej SP8OBW
Piotr SP8OOE
Andrzej SP8SIR
Piotr SP8SRB
Stanisław SP8SRC
Zbigniew SP8SRG
Grzegorz SP8TJO
Tadeusz SP8XGE
Stanisław SP8XGF
Jan SQ8AMF
Rafał SQ8RFV
Wacław SQ8RRA
Sebastian SP8SMA
Janusz SQ8RFU
Członkowie honorowi klubu SP8KBN
 
Adam SP8ALS
Marek SP8BVN/SN8T

S.K.
Marian SP8VD
Bogdan SP8ALC
Władysław SP8IQB
Wojciech SP8OOL
Konrad SP8RHX
 
79762 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
Copyright © Klub Łączności LOK SP8KBN Krosno 2011-2017